wtorek, 20 września 2011

RELACJA ŚWIEŻYNKA O POCZYNANIACH NASZEGO BALONIKA

Wyjazd
Teatru Ruchu Balonik
do Koszalina w dniach 5 -10 września 2011r.

"O wyjeździe do Koszalina na VIII Europejski Festiwal Filmowy Integracja TY i JA dowiedziałem się w ostatnim tygodniu sierpnia,podczas urlopu. Dyrektor festiwalu, Pani Barbara Jaroszyk, oświadczyła: Przyjeżdżajcie, zdobyłam pieniądze!
Telefon sprawił mi radość, choć byłem pełen obaw. Miałem jedną próbę na przygotowanie zespołu a trzy osoby tańczące wyjechały na turnusy rehabilitacyjne z rodzicami. Trzeba było zatem douczyć nowych tancerzy i "załatać dziury". Żądano od nas nowego repertuaru.


W ubiegłym roku zespół się bardzo podobał, dlatego organizatorzy postanowili zaprosić nas również w 2011r.
Na miejscu dowiedziałem się, że czeka nas maraton taneczny, każdego dnia pod wieczór trzy tańce. A na zakończenie festiwalu nasza nowa pozycja repertuaru „Zabawa w cyrk”miala ujrzeć światło dzienne. Razem z profesjonalnymi szczudlarzami i połykaczami ognia mieliśmy stworzyć całość.
Ale nie było tak strasznie, był i czas poleżeć na morzem w Mielnie,pospacerować,zobaczyć Koszalin.
W centrum festiwalowym obejrzeliśmy wspólnie sześć filmów o osobach z niepełnosprawnością.
Moim podopiecznym najbardziej podobał się film fabularny holenderskiego reżysera pt. „Eep” Jest to bajka o dziewczynce, która urodziła się ptakiem.
Jako zespół pokazaliśmy 12 nowych tańców. Nawet Pani Dyrektor, Barbara Jaroszyk, określiła nas gwiazdą festiwalu, Choć nasze występy były tylko imprezą towarzyszącą.
Zespół zyskał uznanie, świadczyły o tym radosne okrzyki publiczności i wolontariuszy związanych z festiwalem. „Niech żyje Balonik!”–krzyczeli, gdy wchodziliśmy na plac festiwalowy w ubraniach cywilnych.
Organizatorzy w tym roku zapewnili nam wszystko –zakwaterowanie i wyżywienie oraz przejazd autokarem. Myślę, że zespól bardzo się sprawdził podczas wyjazdu a ten był naprawdę trudny, gdyż bezpośrednio po Koszalinie ,jechaliśmy na występy do Sokołowa Podlaskiego, aby nasze tańce pokazać na Festynie Integracyjnym. Było i spanie na materacach na podłodze w Sokołowskim Ośrodku Kultury i drzemki w autokarze. Warunki spartańskie dla moich ludzi,prawdę powiedziawszy, osób po prostu z dolegliwościami i czasem nie najmłodszych.Jednak jestem z nich więcej niż dumny, pokazali klasę prawdziwego zespołu w trasie!
Matki moich tancerzy oświadczyły, że zdaliśmy egzamin na 6 -kę .Wszyscy przyjechali trochę zmęczeni, ale i zadowoleni, o czym świadczyły śpiewy w drodze powrotnej i uśmiechnięte miny. Czekamy na kolejną przygodę na początku października –wyjazd do Łęcznej."
Wojtek Gębski

czwartek, 15 września 2011



"Ja, też!"został nagrodzony za kreacje aktorskie na festiwalu w San Sebastian. Film trafił do polskich kin 9 kwietnia. "Ja, też!" to historia 34-letniego Pablo - pierwszego Europejczyka z zespołem Downa, który zdobył wyższe wykształcenie. Właśnie podejmuje pracę i stara się żyć tak jak inni i tak samo jak inni chce kochać. Pierwszą pracę podejmuje w administracji publicznej. Tam też spotyka Laurę, dziewczynę bez żadnej widocznej niepełnosprawności, i zakochuje się w niej...
Niedługo więcej na temat tego niezwykłego filmu...
POWARSZTATOWO

Kilka mini refleksji o patonowskich warsztatach, które odbyły się na początku września w Mazowieckim Centrum Kultury i Sztuki. Wypowiadają się uczestniczki.








Warsztaty bardzo mi się podobały. Przede wszystkim miałam pewność, że Ty, prowadząca, traktujesz serio nas i to, co robisz. Bardzo solidnie przygotowałaś się do części merytorycznej, a tę aktywną, taneczną, prowadziłaś z właściwym sobie spokojem i wglądem zarazem w to, co się w nas dzieje. To jest znakomite, jak wiele można zyskać po warsztatach z Tobą, jak wiele dowiedzieć się o sobie. To, w połączeniu z konkretną wiedzą, naprawdę przemienia.
Dzięki
Joanna Sarnecka


moja droga
ten warsztat wpłynął na moje życie znacznie
otworzył mi coś nie rozumiem
przypomniał mi mnie sprzed lat

a weronika sherborne dała mi nadzieje nowe na prace z dziećmi o
których zapomniałam
brnąc w jakieś utarte schematy mugolskie dziękuje ci

jak ogarnę placówkę nowa naszą dziecięcą i siebie ogarnę trochę
i swoje sprawy to się odgrażam ze cię znajduję w celu dalszej
pracy z samą sobą pod bacznym twoim okiem które daje przestrzeń
by sobą się stać choć na chwilę i doszkalaniu metod pracy z
ludźmi małymi
dziękuje
Ania Zych


Warsztaty z Olą Capigą- Łochowicz pozwoliły mi zapoznać się z wieloma technikami, ćwiczeniami, a także z teorią ruchu, które będą mi bardzo pomocne w prowadzeniu zajęć tanecznych z dziećmi. Fantastyczna atmosfera pracy pozwoliła uczestnikom na integrację i zaangażowanie, ale przede wszystkim pozwoliła nam się otworzyć na nas samych i odnaleźć dziecko w sobie. Zajęcia prowadzone były przez wykwalifikowaną, kompetentną i serdeczną instruktorkę. Mam nadzieję, że zostanie zorganizowana kolejna edycja takich warsztatów.
Marta Janowska

środa, 14 września 2011

Encyklopedia naiwna w odcinkach
Odcinek 3: Tygrys na salonach


„Przez określenie Art Brut rozumiemy dzieła osób niedotkniętych kulturą artystyczną, w przeciwieństwie do intelektualistów (…) Uczestniczymy w czystej operacji artystycznej, brutalnej, wymyślonej w całości we wszystkich fazach przez swego autora, tylko na podstawie jego popędów.”
Jean Dubuffet – twórca pojęcia Art Brut



Tak właśnie możemy sklasyfikować,jeśli już musimy poddawać sztukę wymogom systemowym, naszych ulubionych artystów -prymitywistów.
Z francuska termin art,.brut można tłumaczyć jako szlachetna, gorzka sztuka lub dowcipniej: szampański margines. Bryt- prostota, nieokrzesanie, brak wykształcenia, blichtru, dziewiczość, nietknięte przez kulturę, naturalne.

Zainteresowanie art.brut przypada na lata 40-te. XX wieku. Mimo iż związki sztuki z choroba psychiczną i obłędem zauważyli i podkreślali już romantycy, dopiero malarstwo Pabla Picassa i Paula Klee, Marc Chagall przywołało na nowo ten ciekawy trend i usankcjonowało go w świecie sztuki wysokiej. Obaj Panowie szukali w skostniałym zachodnioeuropejskim malarstwie czegoś świeżego…i znaleźli inspiracje np. w Celniku Rousseau. Picasso mawiał nawet: „My dwaj jesteśmy najlepszymi malarzami naszych czasów, ty w rodzaju „egipskim” (prymitywizm), ja w rodzaju nowoczesnym.” Na dobrą sprawę to właśnie Celnik jest uważany za prekursora i pierwszego przedstawiciela tego nurtu, choć nie był obłąkany i nawiedzony, jedynie niewykształcony…



Wspaniałe obrazy Celnika do dziś zniewalają zarówno bujnością koloru, rozbuchaną erotyką i wplecieniem symboli, pomimo iż formalnie w większości były to zwykłe scenki rodzajowe.
Henri Rousseau urodził się w rodzinie blacharza, co nie zapowiadało kariery malarskiej. Od zawsze jednak interesował się poezja i muzyką, nawet już jako pracownik kancelarii prawniczej pobierał lekcje skrzypiec. Natomiast zajmując stanowisko w paryskim urzędzie akcyzowym ( skąd wziął się jego pseudonim) rozwinął się w dojrzałego artystę.
Wokół życia malarza narosło wiele legend, przypisywano mu nawet udział w kampanii napoleońskiej w Meksyku. Celnik nigdy nie zdementował pogłosek, a tematyka jego prac: egzotyczna fauna i flora wskazywała na pobyt zagranicą. Prawda jest jednak dość zwyczajna. Rousseau żyjąc przyjemnie na przedmieściach miał dużo czasu by zwiedzać ogród botaniczny i zoologiczny i inspirować się roślinnością, ponadto obdarzony wrażliwością, dodawał wiele ze swojej wybitnej wyobraźni.



Świat Paryża początkowo odrzucił twórczość Rousseau z ogromnym hukiem.
Na wystawie w 1885 w paryskim Salon des Champs-Elysées publiczność pocięła dwa z wystawionych obrazów artysty, lecz sam malarz nie wydawał się tym zniechęcony. Nie sprzedawał zbyt wielu dziel rocznie, lecz zaczął się pojawiać spontanicznie w światku bohemy paryskiej jako grajek,gdzie poznał Gauguina, Degas czy Mallarme. Mówi się, że Celnik był przedmiotem kpin i żartów, jego naiwność artystyczna przynosiła mu więcej bólu niż splendoru. Jak niemal każdy prymitywista żył w nędzy i pogardzie,żeby zostać docenionym dopiero u schyłku kariery. Po 1905 r. magazyn L'Illustration zaczął promować jego twórczość na równie z pracami Matisse’a. Niestety artysta zmarł od gangreny w 1910 r., a został pochowany w grobie dla ubogich na cmentarzu w Bagneux.
Celnik jako prekursor nurtu do dziś jest niedościgniony,mimo nieporadnej formy, w wizjonerstwie fantastycznym, w magii, baśniowości. Jego instynktowne malarstwo jest pozbawione konwencji i wolne od zasad czym bliski jest surrealistom. Dla mnie obcowanie z jego pracami to rodzaj egzotycznej podróży , przygody na nieznanym lądzie z czasów dzieciństwa, kiedy ludzie nie podróżowali samolotami w najodleglejsze zakątki świata, nie było dobrych map, "Discovery Chanel" i przewodników "Lonely Planet", a pozostawała tylko wyobraźnia…



Bez Henri Julien Félix Rousseau nie było by rewolucji na salonach…oraz Serafiny, gwizdy XX-wiecznej awangardy, o której w kolejnej odsłonie.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Encykolpedia naiwna w ocinkach
Odcinek 2: narkotyczna dżungla Pablo Amaringo

Postać tego ciekawego malarza z Peru znalazła się w naszym panteonie nie tylko ze względu na wybitną moc artystyczną i egzotykę,ale głównie z powodu niecodziennych okoliczności, w których tworzy swoje dzieła…pod wpływem środków odurzających.
W naszej kulturze szaman to wariat,a uzyskiwanie odpowiedzi na pytania nurtujące człowieka przy pomocy napoju bogów jest, co najmniej niepokojące. Gdyby ktoś w Warszawie powiedział, że widzi całe,skomplikowane życie duchowe po wypiciu ayahuasca i jest w stanie uzdrawiać innych przyjechałaby po niego karetka. Oczywiście nad Wisłą nie brak domorosłych adeptów grzybów halucynogennych czy ofiar bielunia. Niestety nie pozostawiają po sobie wiekopomnych arcydzieł naskalnych czy nawet graffiti. Dla Pablo narkotyk jest chlebem powszednim, bo otwiera drzwi do innego, wyższego wymiaru. Nie będziemy przytaczać teorii szamańskich z Syberii ani wyliczać religii opartych na tej praktyce, nie stajemy przecież wobec żadnego dylematu czy nie argumentujemy racji. Fakt istnienia substancji pod wpływem, których ten peruwiański prymitywista stworzył swoje obrazy jest niezaprzeczalny. Więcej, dzięki temu można złożyć wizytę w jego głowie i zachwycić się feerią,wręcz hedonistycznych, barw. Owoce ayahuascowych” seansów przypominają lekko Teofila Ociepkę prawda? Jeden i drugi czerpię z religijnych i duchowych źródeł,obaj są nawiedzeni, obaj nieprofesjonalni. Dla komisji orzekającej niepełnosprawność żaden z nich nie wyszedłby na ulicę bez jakiegoś znaczka od psychiatry…poza normą, dysfunkcyjny, wykluczony.
Pablo Amarigo jest Indianinem z plemienia Shipibo-Conibo, wychowany w tradycji katolickiej, wieku 28 lat odkrył uzdrowiskowe moce pnączy duszy i od tamtej pory jest jasnowidzem, uzdrowicielem i artystą. Amarigo porzucił chrześcijaństwo po tym jak jego siostra wróciła do zdrowia po zażyciu ayhuasca.



Tematyka wizjonerskich obrazów jest dość złożona i oprócz tradycyjnych elementów kultury Shipibo mamy rożne inne wpływy kultury masowej np.ufo a także nawiązanie do aktualnych wydarzeń jak wycinanie dżungli przez białego człowieka. Do tego plemię, którego wywodzi się malarz szyfruje swoje pradawne pieśni w obrazach…mamy więc mieszankę totalnie tajemniczą i synkretyczną.


Czy malowanie „na haju” jest pewnego rodzaju upośledzeniem czy wyłącznie prawem wielkich artystów? A może ani jednym ani drugim, a świat peruwiańskiego mistrza jest nieprawdziwy i nie można rozpatrywać tego rodzaju sztuki jako art.brut?




wtorek, 26 lipca 2011




Encyklopedia naiwna w odcinkach

Odcinek 1. czyli okultyzm i cerkiew



Większość z nas zetknęła się przynajmniej raz z obrazami Nikifora Krynickiego, nie wiedząc początkowo czy namalował je dorosły czy kilkuletnie dziecko. Niektórzy, jak mój kolega ze studiów, etnolog, podczas oglądania ekspozycji Teofila Ociepki powiedział po prostu: „Nie będę kłamał, ale to brzydkie jest”.

Oczywiście każdy ma swoją wrażliwość i poczucie estetyki, ale czego nie można odmówić prymitywistom to wyjątkowej prawdziwości tworzywa. Od dawna sztuka prymitywna jest nobilitowanym i uznanym nurtem na świecie, a jej odbiorców stale przybywa.
Nie od razu oczywiście obrazy Nikifora czy Ociepki znalazły miejsce na salonach, a ich autorzy zostali uznani za prawdziwych artystów.

Postać Krynickiego została przywrócona do łask w filmie A. Krauzego „Mój Nikifor”. Świetna rola nieżyjącej już Krystyny Feldman zapadła w pamięć publiczności na długie lata. Po raz pierwszy nie tylko wąska grupa osób dowiedziała się o życiu tego niezwykłego malarza oraz poznała szerzej zjawisko, jakim jest malarstwo naiwne/prymitywne.



Epifaniusz Drowniak (Nikifor) był uznawany za chorego psychicznie i żył w nędzy dopóki nie odkrył jego talentu ukraiński malarz Roman Turyn. Z powodu przerośniętego języka Krynicki mówił bełkotliwie i automatycznie nadano mu łatkę wariata. W czasach totalitarnej Polski szwędający się po mieście biedak i w dodatku upośledzony mógł budzić jedynie zgorszenie i sprzeciw władz.
Posługiwał się techniką, do której po prostu miał dostęp: czasem tempera, farba olejna, pod koniec życia malował kredkami. Obrazy są żywe i barwne, kolory wyraziste. Do legendy przeszły obrazy cerkwi, kościołów i ulic Krynicy, które wyszły spod jego pędzla.

Drugi, obok Drowniaka, sztandarowy malarz naiwny to Teofil Ociepka. Jego twórczość znana jest na świecie. W odróżnieniu do krynickiego Ociepka tworzy obrazy jako posłanie do Boga. Z zawodu górnik, przed II wojną zetknął się z okultyzmem w Niemczech, co wywarło wpływ na jego życie i twórczość. Był założycielem gminy okultystycznej w Janowie. Tematyka malarska to wojna dobra ze złem, wyimaginowana fauna i flora, życie na Saturnie, później zaś sceny z życia górników i baśnie śląskie. O Teofilu Ociepce, zwanym polskim „Celnikiem” Rousseau, powstał film Lecha Majewskiego pt. „Angelus”.



Obecnie każde prawie malarskie przedsięwzięcie artystyczne z udziałem niepełnosprawnych nazywane jest już sztuką naiwną czy art brut. Dziś warsztaty terapii zajęciowej, fundacje, domy pomocy społecznej promują swoich artystów amatorów i sprzedają ich twórczość na aukcjach, w galeriach, w Internecie. Nierzadko dochodzi do sytuacji, w której korzyści z tego czerpią ośrodki, a sam twórca nawet nie wie, że jego dzieła są popularne i sprzedawane. Nie widzi ze swojej pracy przysłowiowego grosza. Oczywiście to przypadki skrajne, ale powszechnie, mimo popularności prymitywizmu, indywidualność twórcy jest pomijana. Ludzie traktują ten rodzaj sztuki jako coś zbiorowego, rzadko interesując się nazwiskiem osoby tworzącej. Jeśli jest już wystawa prac, to oczywiście prawie nigdy nie jest to jeden artysta, jak w przypadku tzw. normalnych, ale masówka. Z jednej strony opinia publiczna zachwyca się pracami niepełnosprawnych, z drugiej zaś występują oni wiecznie w jakimś kolektywnie, jakby żaden z nich nie zasługiwał na oddzielną ekspozycję. Dlatego począwszy od pierwszego odcinka encyklopedii naiwnej, chcemy przedstawiać artystów, od których zaczęła się historia tego nurtu w sztuce, a skończyć na przedstawicielach współczesnych, może nawet odkryć nowe talenty?


środa, 20 lipca 2011




ORIENTALNY WRZESIEŃ


Zaczyna się banalnie: sceny z życia dwojga starszych Niemców, gdzieś z bawarskiej wsi.
Codziennie wykonują te same czynności, bez których świat wydaje im się gubić, mają swoje małe utarte rytuały, przyzwyczajenia i żyją zgodnie z nimi, nie zastanawiając się nad upływającym czasem. Mają swój własny świat we dwoje, bez dzieci, które już dawno uleciały z gniazda i zdążyły zapomnieć o starych rodzicach. Kamera podgląda ich troszkę z boku, jakbyśmy wkraczali w intymny świat starości.
Kiedy umiera Trudi, Rudi stara się podtrzymać za wszelką cenę dotychczasową egzystencję wykonując machinalnie czynności tak, jakby żona była obecna w ich niezmiennym trybie. Jest uzależniony od formy, uwieziony w codzienności. Trudniej mu tym bardziej, że ukochana utrzymywała w tajemnicy swoją chorobę, chcąc oszczędzić mu bólu.
Jego Trudi od zawsze była zakochana w Japonii lecz nigdy jej nie odwiedziła, poświęcając swoje marzenia dla rodziny, która po jej śmierci wydaje się już tylko wspomnieniem… Dorosłe dzieci wstydzą się rodziców ze wsi, mieszkają w różnych częściach świata i są dla siebie obcy. Jedna córka jest lesbijką, starszy syn to zajęty biznesmen, a najmłodszy uciekł aż do Tokio.
Ostatnie wspólne chwile staruszków to spektakl Tańca butoh, więc Rudi postanawia wyjechać do Japonii w imieniu żony, a przy okazji odwiedzić ukochanego syna. Będąc w miejscu, o którym marzyła Trudi spodziewa się przedłużyć jej obecność w swoim życiu. Nie chce, żeby pamięć o żonie wyblakła. Zamierza przeżyć samym sobą wszystko, czego chciała doświadczyć ona i w ten sposób być z nią nawet po śmierci.

Tak zaczyna się wspaniała, a zarazem ostatnia misja jego życia i requiem dla zmarłej.

Syn z Tokio nie ma czasu, bo ciężko pracuje, a starszy pan zostaje sam ze sobą w obcym kulturowo mieście, oszołomiony, samotny i zawiedziony. Jednak mimo wszystko ma w sobie tyle siły, by przezwyciężyć strach przed obcością i zaczyna zwiedzać miasto…z żoną i dla żony. Chłonie świat jej oczami.
Na jednym ze spacerów w parku poznaje młodą dziewczynę, której całym światem jest taniec butoh. Dziewczyna mieszka w namiocie, można powiedzieć, że jest bezdomna. Drogi starego Bawarczyka i młodej Japonki Yu krzyżują się w nieoczekiwany sposób. Yu jest jak kwintesencja butoh – sama odrzuca ograniczenia społeczne wybierając los wolnej i autonomicznej, lecz bezdomnej osoby.
Rudi wraz z dziewczyną odbywa niesamowitą podróż w głąb siebie, a może nawet poza granice ludzkiego poznania. U stóp góry Fuji, gdzie zawsze chciała pojechać jego żona rozgrywa się ostatnia scena teatru Butoh i historia dobiega końca.
„Hanami kwiat wiśni” to film, który polecamy nie tylko ze względu na jego niesamowite przesłanie humanizmu. To nie tylko wzruszająca historia, cudowne zdjęcia Japonii, sportretowanie długoletniego małżeństwa i wizja nieśmiertelnej miłości, tak silnej, że sięgającej dalej niż śmierć.

W „Hanami kwiat wiśni” widz spotyka się także z tańcem butoh.
O jego tajemnicy zamierzamy Wam opowiedzieć, bo całkiem niedługo nadarza się okazja, aby zapoznać się z tym niezwykłym i wcale nie tak szeroko poznanym zjawiskiem.

We wrześniu w Mazowieckim Centrum Kultury Sztuki odbędą się po raz pierwszy otwarte, dwudniowe warsztaty dla instruktorów i choreoterapeutów, właśnie z technik tańca butoh. Zapraszamy zwłaszcza osoby zainteresowane choreoterapią, pracujące z dziećmi i dorosłymi upośledzonymi umysłowo, niepełnosprawnymi lub z zaburzeniami psychicznymi.

Taniec Butoh w filmie „Hanami kwiat wiśni”jest wyzwoleniem i odrzuceniem ograniczeń. Bardzo wyraźnie widać to w konfrontacji postaw wschód-zachód, Yu-Rudi, młodość-starość.
Skupmy się jednak na aspekcie wyzwolenia. Butoh narodził się w latach 50. naszego wieku jako odpowiedź na kryzys tożsamości Japończyków oraz owoc poszukiwań sposobu na wyzwolenie ciała z narzuconych przez techniki taneczne standardów poprawności, z uświęconych kryteriów piękna, z przyjętych przez ogół konwencji ruchu. Butoh jest więc buntem i rewolucją. Akceptuje ciało i jego ułomności, a tańczyć może każdy, kto jest gotowy na spotkanie swojego wewnętrznego ja. Butoh jest tańcem-poszukiwaniem, opowieścią o własnej autentyczności, dlatego każdy tańczy je dla siebie i robi to w unikalny sposób. Czy to nie jest zupełnie coś innego? Nie wymagać poprawności, ale indywidualności, budować bezpieczeństwo i zakładać, że bezruch także jest częścią tańca?

Warsztaty w MCKiS dla do osób, które poszukują narzędzi do pracy z grupą, a więc wychowawców, pedagogów, instruktorów i psychologów poprowadzi ALEKSANDRA CAPIGA ŁOCHOWICZ.
Jest ona absolwentką japonistyki (Uniwersytet Jagielloński), arteterapeutką (Podyplomowe Studium Terapii i Treningu Grupowego, Instytut Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji, Uniwersytet Warszawski) i terapeutką w trakcie szkolenia w Polskim Instytucie Psychoterapii Tańcem i Ruchem IDMT.
Od 2000 roku zgłębia tajniki tańca butoh i jego wykorzystanie w terapii. Trening butoh rozpoczęła w Polsce od warsztatów prowadzonych przez Atsushiego Takenouchiego, następnie odbyła roczną praktykę u Joan Laage, a kolejnym krokiem były indywidualne studia w Japonii pod okiem tancerza i profesora psychologii Toshiharu Kasaia (Itto Mority).
Uczestniczyła w wielu szkoleniach DMT prowadzonych przez terapeutów brytyjskich, między innymi prof. Bonnie Meekums, prof. Penelope Best, dr Janette MacDonald, dr Beatrice Allegranti czy Jill Bunce.
Od 2007 roku prowadzi autorskie warsztaty tańca butoh m.in. w domach seniora, w ramach warsztatów terapii zajęciowej, oraz w specjalnych ośrodkach szkolno-wychowawczych w Krakowie i Warszawie. Ma za sobą roczną praktykę terapeutyczną z dziećmi, które doświadczyły przemocy i zaniedbania w świetlicy socjoterapeutycznej w Warszawie. Przez ostatnie trzy lata prowadziła także regularne autorskie warsztaty improwizacji i tańca butoh dla dorosłych oraz warsztaty tańca kreatywnego dla dzieci zdrowych i niepełnosprawnych w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej manggha w Krakowie i w Fundacji Kyoto-Kraków Andrzeja Wajdy i Krystyny Zachwatowicz.
Ponadto wielokrotnie gościła z warsztatami i wykładami o butoh w różnych miastach Polski (m.in. III Międzynarodowy Festiwal Antropologii Tańca, Festiwal Muzyka i Świat, Gdański Archipelag Kultury & Uniwersytet Gdański, Teatr Arka), występowała m.in. na scenach Muzeum manggha, Starej Stolarni Muzeum Śląskiego, czy gdańskiego Klubu Winda.
Jest także autorką pierwszej książki o butoh napisanej w języku polskim Bunt ciała.
Butoh Hijikaty.