Encykolpedia naiwna w ocinkach
Odcinek 2: narkotyczna dżungla Pablo Amaringo
Postać tego ciekawego malarza z Peru znalazła się w naszym panteonie nie tylko ze względu na wybitną moc artystyczną i egzotykę,ale głównie z powodu niecodziennych okoliczności, w których tworzy swoje dzieła…pod wpływem środków odurzających.
W naszej kulturze szaman to wariat,a uzyskiwanie odpowiedzi na pytania nurtujące człowieka przy pomocy napoju bogów jest, co najmniej niepokojące. Gdyby ktoś w Warszawie powiedział, że widzi całe,skomplikowane życie duchowe po wypiciu ayahuasca i jest w stanie uzdrawiać innych przyjechałaby po niego karetka. Oczywiście nad Wisłą nie brak domorosłych adeptów grzybów halucynogennych czy ofiar bielunia. Niestety nie pozostawiają po sobie wiekopomnych arcydzieł naskalnych czy nawet graffiti. Dla Pablo narkotyk jest chlebem powszednim, bo otwiera drzwi do innego, wyższego wymiaru. Nie będziemy przytaczać teorii szamańskich z Syberii ani wyliczać religii opartych na tej praktyce, nie stajemy przecież wobec żadnego dylematu czy nie argumentujemy racji. Fakt istnienia substancji pod wpływem, których ten peruwiański prymitywista stworzył swoje obrazy jest niezaprzeczalny. Więcej, dzięki temu można złożyć wizytę w jego głowie i zachwycić się feerią,wręcz hedonistycznych, barw. Owoce ayahuascowych” seansów przypominają lekko Teofila Ociepkę prawda? Jeden i drugi czerpię z religijnych i duchowych źródeł,obaj są nawiedzeni, obaj nieprofesjonalni. Dla komisji orzekającej niepełnosprawność żaden z nich nie wyszedłby na ulicę bez jakiegoś znaczka od psychiatry…poza normą, dysfunkcyjny, wykluczony.
Pablo Amarigo jest Indianinem z plemienia Shipibo-Conibo, wychowany w tradycji katolickiej, wieku 28 lat odkrył uzdrowiskowe moce pnączy duszy i od tamtej pory jest jasnowidzem, uzdrowicielem i artystą. Amarigo porzucił chrześcijaństwo po tym jak jego siostra wróciła do zdrowia po zażyciu ayhuasca.
Tematyka wizjonerskich obrazów jest dość złożona i oprócz tradycyjnych elementów kultury Shipibo mamy rożne inne wpływy kultury masowej np.ufo a także nawiązanie do aktualnych wydarzeń jak wycinanie dżungli przez białego człowieka. Do tego plemię, którego wywodzi się malarz szyfruje swoje pradawne pieśni w obrazach…mamy więc mieszankę totalnie tajemniczą i synkretyczną.
Czy malowanie „na haju” jest pewnego rodzaju upośledzeniem czy wyłącznie prawem wielkich artystów? A może ani jednym ani drugim, a świat peruwiańskiego mistrza jest nieprawdziwy i nie można rozpatrywać tego rodzaju sztuki jako art.brut?
wtorek, 23 sierpnia 2011
wtorek, 26 lipca 2011

Encyklopedia naiwna w odcinkach
Odcinek 1. czyli okultyzm i cerkiew
Większość z nas zetknęła się przynajmniej raz z obrazami Nikifora Krynickiego, nie wiedząc początkowo czy namalował je dorosły czy kilkuletnie dziecko. Niektórzy, jak mój kolega ze studiów, etnolog, podczas oglądania ekspozycji Teofila Ociepki powiedział po prostu: „Nie będę kłamał, ale to brzydkie jest”.
Oczywiście każdy ma swoją wrażliwość i poczucie estetyki, ale czego nie można odmówić prymitywistom to wyjątkowej prawdziwości tworzywa. Od dawna sztuka prymitywna jest nobilitowanym i uznanym nurtem na świecie, a jej odbiorców stale przybywa.
Nie od razu oczywiście obrazy Nikifora czy Ociepki znalazły miejsce na salonach, a ich autorzy zostali uznani za prawdziwych artystów.
Postać Krynickiego została przywrócona do łask w filmie A. Krauzego „Mój Nikifor”. Świetna rola nieżyjącej już Krystyny Feldman zapadła w pamięć publiczności na długie lata. Po raz pierwszy nie tylko wąska grupa osób dowiedziała się o życiu tego niezwykłego malarza oraz poznała szerzej zjawisko, jakim jest malarstwo naiwne/prymitywne.
Epifaniusz Drowniak (Nikifor) był uznawany za chorego psychicznie i żył w nędzy dopóki nie odkrył jego talentu ukraiński malarz Roman Turyn. Z powodu przerośniętego języka Krynicki mówił bełkotliwie i automatycznie nadano mu łatkę wariata. W czasach totalitarnej Polski szwędający się po mieście biedak i w dodatku upośledzony mógł budzić jedynie zgorszenie i sprzeciw władz.
Posługiwał się techniką, do której po prostu miał dostęp: czasem tempera, farba olejna, pod koniec życia malował kredkami. Obrazy są żywe i barwne, kolory wyraziste. Do legendy przeszły obrazy cerkwi, kościołów i ulic Krynicy, które wyszły spod jego pędzla.
Drugi, obok Drowniaka, sztandarowy malarz naiwny to Teofil Ociepka. Jego twórczość znana jest na świecie. W odróżnieniu do krynickiego Ociepka tworzy obrazy jako posłanie do Boga. Z zawodu górnik, przed II wojną zetknął się z okultyzmem w Niemczech, co wywarło wpływ na jego życie i twórczość. Był założycielem gminy okultystycznej w Janowie. Tematyka malarska to wojna dobra ze złem, wyimaginowana fauna i flora, życie na Saturnie, później zaś sceny z życia górników i baśnie śląskie. O Teofilu Ociepce, zwanym polskim „Celnikiem” Rousseau, powstał film Lecha Majewskiego pt. „Angelus”.
Obecnie każde prawie malarskie przedsięwzięcie artystyczne z udziałem niepełnosprawnych nazywane jest już sztuką naiwną czy art brut. Dziś warsztaty terapii zajęciowej, fundacje, domy pomocy społecznej promują swoich artystów amatorów i sprzedają ich twórczość na aukcjach, w galeriach, w Internecie. Nierzadko dochodzi do sytuacji, w której korzyści z tego czerpią ośrodki, a sam twórca nawet nie wie, że jego dzieła są popularne i sprzedawane. Nie widzi ze swojej pracy przysłowiowego grosza. Oczywiście to przypadki skrajne, ale powszechnie, mimo popularności prymitywizmu, indywidualność twórcy jest pomijana. Ludzie traktują ten rodzaj sztuki jako coś zbiorowego, rzadko interesując się nazwiskiem osoby tworzącej. Jeśli jest już wystawa prac, to oczywiście prawie nigdy nie jest to jeden artysta, jak w przypadku tzw. normalnych, ale masówka. Z jednej strony opinia publiczna zachwyca się pracami niepełnosprawnych, z drugiej zaś występują oni wiecznie w jakimś kolektywnie, jakby żaden z nich nie zasługiwał na oddzielną ekspozycję. Dlatego począwszy od pierwszego odcinka encyklopedii naiwnej, chcemy przedstawiać artystów, od których zaczęła się historia tego nurtu w sztuce, a skończyć na przedstawicielach współczesnych, może nawet odkryć nowe talenty?
środa, 20 lipca 2011


ORIENTALNY WRZESIEŃ
Zaczyna się banalnie: sceny z życia dwojga starszych Niemców, gdzieś z bawarskiej wsi.
Codziennie wykonują te same czynności, bez których świat wydaje im się gubić, mają swoje małe utarte rytuały, przyzwyczajenia i żyją zgodnie z nimi, nie zastanawiając się nad upływającym czasem. Mają swój własny świat we dwoje, bez dzieci, które już dawno uleciały z gniazda i zdążyły zapomnieć o starych rodzicach. Kamera podgląda ich troszkę z boku, jakbyśmy wkraczali w intymny świat starości.
Kiedy umiera Trudi, Rudi stara się podtrzymać za wszelką cenę dotychczasową egzystencję wykonując machinalnie czynności tak, jakby żona była obecna w ich niezmiennym trybie. Jest uzależniony od formy, uwieziony w codzienności. Trudniej mu tym bardziej, że ukochana utrzymywała w tajemnicy swoją chorobę, chcąc oszczędzić mu bólu.
Jego Trudi od zawsze była zakochana w Japonii lecz nigdy jej nie odwiedziła, poświęcając swoje marzenia dla rodziny, która po jej śmierci wydaje się już tylko wspomnieniem… Dorosłe dzieci wstydzą się rodziców ze wsi, mieszkają w różnych częściach świata i są dla siebie obcy. Jedna córka jest lesbijką, starszy syn to zajęty biznesmen, a najmłodszy uciekł aż do Tokio.
Ostatnie wspólne chwile staruszków to spektakl Tańca butoh, więc Rudi postanawia wyjechać do Japonii w imieniu żony, a przy okazji odwiedzić ukochanego syna. Będąc w miejscu, o którym marzyła Trudi spodziewa się przedłużyć jej obecność w swoim życiu. Nie chce, żeby pamięć o żonie wyblakła. Zamierza przeżyć samym sobą wszystko, czego chciała doświadczyć ona i w ten sposób być z nią nawet po śmierci.
Tak zaczyna się wspaniała, a zarazem ostatnia misja jego życia i requiem dla zmarłej.
Syn z Tokio nie ma czasu, bo ciężko pracuje, a starszy pan zostaje sam ze sobą w obcym kulturowo mieście, oszołomiony, samotny i zawiedziony. Jednak mimo wszystko ma w sobie tyle siły, by przezwyciężyć strach przed obcością i zaczyna zwiedzać miasto…z żoną i dla żony. Chłonie świat jej oczami.
Na jednym ze spacerów w parku poznaje młodą dziewczynę, której całym światem jest taniec butoh. Dziewczyna mieszka w namiocie, można powiedzieć, że jest bezdomna. Drogi starego Bawarczyka i młodej Japonki Yu krzyżują się w nieoczekiwany sposób. Yu jest jak kwintesencja butoh – sama odrzuca ograniczenia społeczne wybierając los wolnej i autonomicznej, lecz bezdomnej osoby.
Rudi wraz z dziewczyną odbywa niesamowitą podróż w głąb siebie, a może nawet poza granice ludzkiego poznania. U stóp góry Fuji, gdzie zawsze chciała pojechać jego żona rozgrywa się ostatnia scena teatru Butoh i historia dobiega końca.
„Hanami kwiat wiśni” to film, który polecamy nie tylko ze względu na jego niesamowite przesłanie humanizmu. To nie tylko wzruszająca historia, cudowne zdjęcia Japonii, sportretowanie długoletniego małżeństwa i wizja nieśmiertelnej miłości, tak silnej, że sięgającej dalej niż śmierć.
W „Hanami kwiat wiśni” widz spotyka się także z tańcem butoh.
O jego tajemnicy zamierzamy Wam opowiedzieć, bo całkiem niedługo nadarza się okazja, aby zapoznać się z tym niezwykłym i wcale nie tak szeroko poznanym zjawiskiem.
We wrześniu w Mazowieckim Centrum Kultury Sztuki odbędą się po raz pierwszy otwarte, dwudniowe warsztaty dla instruktorów i choreoterapeutów, właśnie z technik tańca butoh. Zapraszamy zwłaszcza osoby zainteresowane choreoterapią, pracujące z dziećmi i dorosłymi upośledzonymi umysłowo, niepełnosprawnymi lub z zaburzeniami psychicznymi.
Taniec Butoh w filmie „Hanami kwiat wiśni”jest wyzwoleniem i odrzuceniem ograniczeń. Bardzo wyraźnie widać to w konfrontacji postaw wschód-zachód, Yu-Rudi, młodość-starość.
Skupmy się jednak na aspekcie wyzwolenia. Butoh narodził się w latach 50. naszego wieku jako odpowiedź na kryzys tożsamości Japończyków oraz owoc poszukiwań sposobu na wyzwolenie ciała z narzuconych przez techniki taneczne standardów poprawności, z uświęconych kryteriów piękna, z przyjętych przez ogół konwencji ruchu. Butoh jest więc buntem i rewolucją. Akceptuje ciało i jego ułomności, a tańczyć może każdy, kto jest gotowy na spotkanie swojego wewnętrznego ja. Butoh jest tańcem-poszukiwaniem, opowieścią o własnej autentyczności, dlatego każdy tańczy je dla siebie i robi to w unikalny sposób. Czy to nie jest zupełnie coś innego? Nie wymagać poprawności, ale indywidualności, budować bezpieczeństwo i zakładać, że bezruch także jest częścią tańca?
Warsztaty w MCKiS dla do osób, które poszukują narzędzi do pracy z grupą, a więc wychowawców, pedagogów, instruktorów i psychologów poprowadzi ALEKSANDRA CAPIGA ŁOCHOWICZ.
Jest ona absolwentką japonistyki (Uniwersytet Jagielloński), arteterapeutką (Podyplomowe Studium Terapii i Treningu Grupowego, Instytut Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji, Uniwersytet Warszawski) i terapeutką w trakcie szkolenia w Polskim Instytucie Psychoterapii Tańcem i Ruchem IDMT.
Od 2000 roku zgłębia tajniki tańca butoh i jego wykorzystanie w terapii. Trening butoh rozpoczęła w Polsce od warsztatów prowadzonych przez Atsushiego Takenouchiego, następnie odbyła roczną praktykę u Joan Laage, a kolejnym krokiem były indywidualne studia w Japonii pod okiem tancerza i profesora psychologii Toshiharu Kasaia (Itto Mority).
Uczestniczyła w wielu szkoleniach DMT prowadzonych przez terapeutów brytyjskich, między innymi prof. Bonnie Meekums, prof. Penelope Best, dr Janette MacDonald, dr Beatrice Allegranti czy Jill Bunce.
Od 2007 roku prowadzi autorskie warsztaty tańca butoh m.in. w domach seniora, w ramach warsztatów terapii zajęciowej, oraz w specjalnych ośrodkach szkolno-wychowawczych w Krakowie i Warszawie. Ma za sobą roczną praktykę terapeutyczną z dziećmi, które doświadczyły przemocy i zaniedbania w świetlicy socjoterapeutycznej w Warszawie. Przez ostatnie trzy lata prowadziła także regularne autorskie warsztaty improwizacji i tańca butoh dla dorosłych oraz warsztaty tańca kreatywnego dla dzieci zdrowych i niepełnosprawnych w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej manggha w Krakowie i w Fundacji Kyoto-Kraków Andrzeja Wajdy i Krystyny Zachwatowicz.
Ponadto wielokrotnie gościła z warsztatami i wykładami o butoh w różnych miastach Polski (m.in. III Międzynarodowy Festiwal Antropologii Tańca, Festiwal Muzyka i Świat, Gdański Archipelag Kultury & Uniwersytet Gdański, Teatr Arka), występowała m.in. na scenach Muzeum manggha, Starej Stolarni Muzeum Śląskiego, czy gdańskiego Klubu Winda.
Jest także autorką pierwszej książki o butoh napisanej w języku polskim Bunt ciała.
Butoh Hijikaty.
czwartek, 9 czerwca 2011
W DELEGACJI
19 marca w Miejskim Domu Kultury w Mińsku Mazowieckim odbyła się uroczystość wręczenia „Pałacowych Masek” - nagród dla laureatów tegorocznego konkursu teatralnego.
Przegląd teatrów dziecięcych i młodzieżowych "Zmagania o Pałacową Maskę” to nie lada gratka dla amatorskich grup teatralnych. Twórcą imprezy jest, pochodzący z Mińska Mazowieckiego, aktor Tomasz Karolak, właściciel teatru IMKA w Warszawie.
Tym, co zainteresowało nas w tym wydarzeniu, jako współtwórców Programu Aktywności Twórczej Osób Niepełnosprawnych, był udział i wygrana Zespołu Teatralnego MIM.
Oto fragment recenzji:
„Następnie obejrzeć można było klimatyczną pantomimę pt. „Liber Vitae” w wykonaniu Zespołu Teatralnego „MIM” z Warsztatu Terapii Zajęciowej Caritas Diecezji Warszawsko-Praskiej w Mińsku Mazowieckim. Na spektakl złożyło się kilka krótkich etiud, którym przyświecało motto: „Życie ludzkie jest jak otwarta księga, w której wielu kart brakuje. Trudno je nazwać całością, a mimo to stanowi tom”. Przejrzysty przekaz zrealizowany gestem wywarł ogromne wrażenie na widzach. Aktorzy z zespołu Mim byli dosłownie rewelacyjni. Według oceny jury – to właśnie oni powiedzieli najwięcej, chociaż z ich ust nie dało się usłyszeć ani słowa. W pantomimie, niezwykle wymownie swoją rolę odegrała Elżbieta Gałązka (na zdjęciu z własnoręcznie wykonanymi baletnicami), której przyznano wyróżnienie za najlepszą kreację aktorską.”
To właśnie nagrodzony i recenzowany spektakl „Liber Vitae” zostanie pokazany, w ramach działań PATON, w jednym ze stołecznych teatrów na jesieni tego roku.
Poprosiliśmy opiekunkę i instruktorkę zespołu MIM, Agnieszkę Sawkę, żeby pokazała, w jaki sposób pracuje z tak zdolnymi podopiecznymi.
31 maja złożyłam wizytę w ośrodku terapii zajęciowej Caritas i muszę przyznać, że był to dzień niezapomniany i pełen refleksji.
MIM odbywa próby w Miejskim Domu Kultury, który użycza mu sali i profesjonalnej sceny. Tam aktorzy ćwiczą i dyskutują o swoich przedstawieniach.
Jeśli ktoś myśli, że efekt oglądany w blasku reflektorów to narzucona odgórnie wizja reżysera, bardzo się myli. Pani Agnieszka najpierw rozmawia z grupą, o czym chcą robić teatr, jak to widzą, jakie mają odczucia, jakie pomysły im przychodzą do głowy. Potem zaś zbiera wszystkie refleksje w całość i przechodzi do realizacji.
Zespół jest samowystarczalny, sam przygotowuje rekwizyty i stroje, dzięki kilku pracowniom znajdującym się w ich dyspozycji. Autorką pozytywek-baletnic z Księgi Życia jest nikt inny jak Ela Gałązka, uhonorowana nagrodą dla najlepszej aktorki konkursu. Uczestnicy terapii szyją też stroje i wykonują dekoracje.
W całym ich działaniu najważniejsze jest pokazanie czystej prawdy o aktorach i ich historii, a nie odgrywanie fikcyjnych zdarzeń. Dlatego Sawka nie unika tematów smutnych i trudnych, wbrew opinii, że osób niepełnosprawnych nie należy dodatkowo obciążać emocjonalnie. To właśnie przerobienie z grupą tematu żałoby i przemijania pozwoliło im wyzwolić się z negatywnych uczuć, ale także przy okazji podzielić swoją wrażliwością z widzami „Liber Vitae”. To dlatego Pani Agnieszka nie stawia na barwne stroje i mnogość rekwizytów.
W spektaklu bohaterem scenicznym jest człowiek, nie forma. Poprzez ciężką pracę reżyserka otwiera aktorów na świat, a świat na nich. Są prawdziwi, nie są marionetkami i postaciami w ręku demiurga.
Mówią o sobie i pokazują siebie. W taki sposób dowiedziałam się, że Andrzej wraz z dwoma braćmi dojeżdża z odległej wsi i często jest zmęczony, bo pomaga w gospodarstwie. Emilka ma owczarki niemieckie, a jej babcia sprzedaje ciuchy na targu. Tereska ma brata, który jej dokucza, a Kasia świetnie tańczy rumbę. Traktowani z szacunkiem, zawsze pytani o zdanie, kochają scenę, a ich występy są bardzo naturalne.
Pani Agnieszka jest bardzo skromnym instruktorem i podkreśla, że najważniejszy jest sukces terapeutyczny, nie komercyjny. Myślę, że dzięki takiej postawie została zauważona i grupa odniosła sukces.
Już 11 czerwca MIM staje znów do konkursu o Srebrną Maskę, jako laureat tegorocznej edycji „Pałacowych Masek”. Z całej siły trzymajmy kciuki za tych uzdolnionych amatorów w dniu ich występu w Garwolinie.


NIE TRZEBA SKRZYDEŁ ABY LATAĆ
Pascal Kleiman urodził się 43 lat temu w Toulouse, we Francji. Obecnie mieszka w Hiszpanii, gdzie w 2008 roku został finalistą tamtejszej edycji programu „Mam Talent!”. Niby nic dziwnego, ale jako DJ posługuje się jedynie … stopami.
Brak rąk, nie przeszkadza mu w niezwykle sprawnej obsłudze mikserów.
O Pascalu powstał film dokumentalny w reżyserii Angelo Lozy, pt. „Heroes, Wings are not necessery to fly
Wielokrotnie nagradzany, w 2007 i 2008 roku, dokument Lozy wypełniają sceny z dzieciństwa i rozmowy z samym Pascalem. Przez 25 minut widzimy go jako pogodnego człowieka, spełnionego w muzyce i żyjącego w otoczeniu rodziny i przyjaciół. Nie wzbudza litości, za jego historią nie kryje się żadna tragedia. Po seansie ma się ochotę po prostu pójść do klubu i potańczyć
Nagrody dla filmu:
Festiwal Filmowy w Navas (listopad 2008, II nagroda)
Festiwal filmowy w Nerva Cobre y Malacate (grudzień 2007, specjalna nagroda jury dla najlepszego dokumentu krótkometrażowego)
I Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Madrycie (kwiecień 2008, najlepszy dokument krótkometrażowy)
Oto trailer do filmu:
Cały film, po uprzedniej rejestracji, można obejrzeć pod adresem:
http://en.con-can.com/archive/preview.php?id=20081301&g=4
Publiczność masowa poznała Pascala dopiero w ostatnich latach, po udziale w programie telewizyjnym, natomiast jego kariera zaczęła się w latach 80-ych.
Kleiman prowadził już audycję "Virus" we francuskim radio, grając undergroundową muzykę punk i funk.
W późniejszych okresie był jednym z prekursorów sceny rave we Francji.
W 1992 roku dostał pierwszą, stałą posadę DJ-a, w klubie „Attica” w Madrycie.
Od tamtej pory jest stale obecny na europejskiej scenie techno. Wydał kilkanaście singli, był uczestnikiem największych festiwali muzyki tanecznej. Aktualnie przygotowuje materiał na kolejną płytę.
Więcej dla zainteresowanych graniem na dekach
http://pascal-kleiman.co.tv/
http://www.dmtstudios.com/Pascal_Kleiman/
wtorek, 7 czerwca 2011
THE PUNK SYNDROME
Wstrząsające! Powalające!
Klękać na kolana.
Nie możemy się doczekać premiery tego niezwykłego dokumentu.
”The Punk Syndrome” jest filmem Jukka Kärkkäinen and J-P Passi o fińskim, punkowym bandzie nazwanym Pertti Kurikan Nimipäivät. Nic niesamowitego, można powiedzieć…lecz zespół tworzą osoby z zespołem Downa, brzydcy, niegrzeczni i niepoprawni!
Z wpisów na jednym z hardcorowych forów polskich wywnioskowałam (lecz ze względu na niepoprawną polszczyznę przytaczać nie będę),że zajawka filmu wzbudziła ogromne emocje, a zespół został okrzyknięty ostatnim z prawdziwie bezpretensjonalnych i punkowych składów na świecie.
Oto trailer, a cały obraz będzie można zobaczyć w 2012 roku.
W Polsce sporym powodzeniem cieszyła się także kapela Na Górze, zwana kapelą integracyjną tylko, dlatego, że niektórzy z jej członków mieli orzeczenia o niepełnosprawności…oraz byli mieszkańcami Domu Pomocy Społecznej w Rzadkowie.
Artyści wydali 4 płyty i zagrali sporo koncertów. Najbardziej ważkie społecznie to:
koncert w Pradze na festiwalu poświęconym respektowaniu praw człowieka na świecie, a także na Skłocie Rozbrat po Marszu Równości w Poznaniu (demonstracji przeciwko dyskryminacji ze względu na rasę, wyznanie, płeć, ubóstwo, niepełnosprawność).
Jak na prawdziwych rockandrollowców przystało, grupa Na Górze miała też swoje ekscesy, które specjalnie nie różnią się od skandali wywoływanych przez, uważanych za normalnych, muzyków rockowych.
Oto lista najbardziej niegrzecznych zachowań chłopaków z Na Górze:
Bartolowi zdarzyło się zbić (dużą!) szybę w pewnej restauracji. Nie zdarzyło się to przypadkiem… Jak to często bywa w ujawnianiu męskich emocji, powodem była pewna dziewczyna...
W czasie festynu parafialnego, w obecności księdza – organizatora, Adam dyplomatycznie stwierdził ze sceny: „Dziś nie mogę powiedzieć, że... jest zajebiście”.
Inna elegancka wypowiedź Adama w czasie jednego z koncertów: „Jak wam teraz zagramy, to się posracie”.
Ostatni koncert trasy z Arką Noego i 2 Tm 2,3. Już po koncercie. Mały ściąga spodnie. Majtki na szczęście pozostały na swoim miejscu...
Podczas koncertów w Czechach zapowiedź utworu „Szukałem ciebie” wywołała różne reakcje…*
*informacja dla osób nieznających (wyjątkowo) języka czeskiego: wyraz „szukałem” ma u naszych sąsiadów znaczenie… bardzo brzydkie, więc nie będziemy go przytaczać.
Restauracja Wierzynek, jedna z najbardziej „ę-ą” w Krakowie… Rząd aksamitnych kelnerów za nami itp. Wspólna kolacja wszystkich wykonawców po koncercie organizowanym przez Annę Dymną… A Robert Wasiak (ten to jest jednak największy rockendrollowiec spośród na, bo przecież przyznajmy, ze każdy z nas miał na to ochotę…) wylizuje talerz po smacznym deserze. I tylko siedzący przy naszym stoliku Zbyszek Zamachowski, z którym przed chwilą śpiewaliśmy na scenie (najbardziej „Normalny” spośród poznanych przez nas „Artystów”) przyznał: „Jakbym siebie w domu widział!”.
Czy to fiński down punk czy rodzimy reggae rock integracyjny-są w tym prawdziwe emocje i jest czad. A zachowanie chłopaków? Jak najbardziej w normie!
Wstrząsające! Powalające!
Klękać na kolana.
Nie możemy się doczekać premiery tego niezwykłego dokumentu.
”The Punk Syndrome” jest filmem Jukka Kärkkäinen and J-P Passi o fińskim, punkowym bandzie nazwanym Pertti Kurikan Nimipäivät. Nic niesamowitego, można powiedzieć…lecz zespół tworzą osoby z zespołem Downa, brzydcy, niegrzeczni i niepoprawni!
Z wpisów na jednym z hardcorowych forów polskich wywnioskowałam (lecz ze względu na niepoprawną polszczyznę przytaczać nie będę),że zajawka filmu wzbudziła ogromne emocje, a zespół został okrzyknięty ostatnim z prawdziwie bezpretensjonalnych i punkowych składów na świecie.
Oto trailer, a cały obraz będzie można zobaczyć w 2012 roku.
W Polsce sporym powodzeniem cieszyła się także kapela Na Górze, zwana kapelą integracyjną tylko, dlatego, że niektórzy z jej członków mieli orzeczenia o niepełnosprawności…oraz byli mieszkańcami Domu Pomocy Społecznej w Rzadkowie.
Artyści wydali 4 płyty i zagrali sporo koncertów. Najbardziej ważkie społecznie to:
koncert w Pradze na festiwalu poświęconym respektowaniu praw człowieka na świecie, a także na Skłocie Rozbrat po Marszu Równości w Poznaniu (demonstracji przeciwko dyskryminacji ze względu na rasę, wyznanie, płeć, ubóstwo, niepełnosprawność).
Jak na prawdziwych rockandrollowców przystało, grupa Na Górze miała też swoje ekscesy, które specjalnie nie różnią się od skandali wywoływanych przez, uważanych za normalnych, muzyków rockowych.
Oto lista najbardziej niegrzecznych zachowań chłopaków z Na Górze:
Bartolowi zdarzyło się zbić (dużą!) szybę w pewnej restauracji. Nie zdarzyło się to przypadkiem… Jak to często bywa w ujawnianiu męskich emocji, powodem była pewna dziewczyna...
W czasie festynu parafialnego, w obecności księdza – organizatora, Adam dyplomatycznie stwierdził ze sceny: „Dziś nie mogę powiedzieć, że... jest zajebiście”.
Inna elegancka wypowiedź Adama w czasie jednego z koncertów: „Jak wam teraz zagramy, to się posracie”.
Ostatni koncert trasy z Arką Noego i 2 Tm 2,3. Już po koncercie. Mały ściąga spodnie. Majtki na szczęście pozostały na swoim miejscu...
Podczas koncertów w Czechach zapowiedź utworu „Szukałem ciebie” wywołała różne reakcje…*
*informacja dla osób nieznających (wyjątkowo) języka czeskiego: wyraz „szukałem” ma u naszych sąsiadów znaczenie… bardzo brzydkie, więc nie będziemy go przytaczać.
Restauracja Wierzynek, jedna z najbardziej „ę-ą” w Krakowie… Rząd aksamitnych kelnerów za nami itp. Wspólna kolacja wszystkich wykonawców po koncercie organizowanym przez Annę Dymną… A Robert Wasiak (ten to jest jednak największy rockendrollowiec spośród na, bo przecież przyznajmy, ze każdy z nas miał na to ochotę…) wylizuje talerz po smacznym deserze. I tylko siedzący przy naszym stoliku Zbyszek Zamachowski, z którym przed chwilą śpiewaliśmy na scenie (najbardziej „Normalny” spośród poznanych przez nas „Artystów”) przyznał: „Jakbym siebie w domu widział!”.
Czy to fiński down punk czy rodzimy reggae rock integracyjny-są w tym prawdziwe emocje i jest czad. A zachowanie chłopaków? Jak najbardziej w normie!

ALWAYS LOOK ON THE BRIGHT SIDE OF LIFE...
Swing w wersji integracyjnej?
Dlaczego nie?
W ostatnią niedzielę w naszej placówce odbyły się taneczne warsztaty swingowe pod kierunkiem Waldka Jankowskiego z grupy "Swing Craze".
Wzięło w nich udział około 40 osób, w tym ponad połowę stanowiły osoby niepełnosprawne.10 osób przyprowadził Wojtek Gębski, opiekun Teatru Ruchu "Balonik", część przywędrowała z Fundacją L`Arche, a resztę stanowili chętni i uczniowie szkół tanecznych. Integracyjne warsztaty odbyły się w ramach Programu Aktywności Twórczej Osób Niepełnosprawnych.
Znakomita zabawa, ale też ciężka kondycyjna praca towarzyszyła ponad półtoragodzinnym zajęciom. Instruktor zaprezentował podstawowe kroki choreografii Tranky Do: krok pijanego, krok łyżwiarza i Apple Jack.
Każdy starał się na swój sposób nadążyć za prowadzącym, ale i tak najważniejsza była ogólna wesołość w myśl utworu z Monthy Pytona „Always look on the bright side of life”, który był jednym z kilku, na których bazował instruktor.
Nawet najmłodszy swingujący, Franek, syn Pani Joasi Jaworskiej, szefowej L`Arche niezmordowanie szalał na parkiecie. Razem ze swoimi „balonikowcami” tańczył bez chwili przerwy Wojtek Gębski. Ciężko było znaleźć osobę, która nie podryguje w takt muzyki.
W przerwie między blokami Fundacja zaprezentowała swoją misję i działalność w Warszawie, o czym można przeczytać na stronie: http://www.larche.org.pl/
Warsztaty były zarówno przygodą, jak i okazją do wspólnej, niewymuszonej pracy. Niedługo galeria zdjęć z imprezy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





